# 186
Po roku odbębnionym w szkole dziennikarskiej stwierdzam, że jedyny plus oprócz poznania tam Żabiczku, to ostateczne nabranie pewności, że zawód dziennikarza to kompletnie nie to, co kiedyś będę robić. Znaczy się, szkoła spełniła swoją rolę, bo lepiej dojść do tego typu wniosków zanim utwki się w znienawidzonej pracy na dobre. Nie mniej jednak wyostrzyły mi się zmysły w zakresie przyłapywania etatowych dziennikarzy na błędach i manipulacjach, ale to jeszcze nic, błędy rzecz ludzka, a manipulacje to dziennikarski chleb powszedni, pomimo serwowanych nam nieustannie głodnych kawałków o obiektywiźmie i bezstronności. Ale jest też kilka powszechnie stosowanych chwytów, za które powinno się normalnie lać.
I tak, w przypadku dziennikarza prasowego, lałabym za wszystkie zdrobniałe słowa. To już standard, że jak dziecku urwie rękę to jest rączka. A jeszcze jak się trafi błąd lekarski - to już jest ekstaza. Zły pan lekarz (be, na bank był pijany, albo zrobił to celowo, złośliwie, po prostu miał focha) i biedne dziecko, chłopczyk Krzyś, Tomeczek, Marcinek, Mikołajek, czy dziewczynka Oleńka, Agniesia, etc. etc. Schemat, schemat, schemat. Ręka to ręka, głowa to głowa. Wasze KoFfFanE zdrobnienia nie sprawią, że naprawi się straszny i zły świat.
Dziennikarze radiowi. Był kiedyś taki skecz Pazury dość namiętnie nadawany po kilka razy na tydzień przez pewien okres czasu, jak to dzwoni do niego dziennikarz z radia, żeby namówić go na udział w jakimś meczu czy balu charytatywnym. Skecz, w którym Pazura świetnie wyśmiewa sztucznie obniżane głosy radiowców, nazywając ich zboczeńcami. Coś w tym jest. A ci od wieczornych audycji muzycznych to już ostry stopień zboczenia, wszyscy jak jeden mąż. Okropieństwo.
I telewizyjni: a tu lałabym tylko za wybałuszone z przejęcia oczy Jolanty Pieńkowskiej. Chociaż tyle dobrego, że to TVNu odchodzi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz